Bractwo Pielgrzymkowe

Archiwum Bractwa

Wiara/Religia/Kościół

Rowery

Kultura i rozrywka

Traditio



Designed by:
SiteGround web hosting Joomla Templates

Rowerami na Jasną Górę - opis i zdjęcia PDF Drukuj Email
Wpisany przez Jacek Pytel   
Sobota, 31 Sierpień 2019 20:37

To już trzecia rowerowa pielgrzymka z Mysłowic na Jasną Górę razem z pieszą. Do pierwszych dwóch pielgrzymek startowaliśmy spod kościoła w Kosztowach, po błogosławieństwie tutejszego księdza proboszcza. We czwartek, 22 sierpnia już było jak Pan Bóg przykazał.

Czwartek, 22 sierpnia, dzień pierwszy. Zjechaliśmy (16 osób) pod kościół Brzezince, skąd wyruszała tego dnia pielgrzymka piesza z tamtejszej parafii. O godzinie 8:00 rozpoczęła się Msza Święta pod przewodnictwem brzezińskiego proboszcza, księdza Andrzeja Hoinkisa. Poznaliśmy go rok wcześniej, szedł ze swoimi parafianami od początku do końca, podobnie jak obecnie. Po Mszy Świętej i błogosławieństwie wyruszyliśmy. Obraliśmy kierunek na Wysoki Brzeg, za elektrownią Jaworzno III skręciliśmy w las i przez Jeleń oraz Byczynę wjechaliśmy na drogę szutrową. Mijaliśmy kolejno Cezarówkę, Koźmin, Luszowiec i przedmieścia Trzebini (od północnej strony). Do Myślachowic wszystko szło dobrze, za dzielnicą Galman GPS zrobił nam psikusa i wprowadził w chaszcze i zarośla, przez które nie dało się przejechać. Po raz pierwszy na tej pielgrzymce zimną krwią wykazał się Marek z Krasów: zostawił rower i pieszo poszedł spenetrować okolicę. Przez zagon koniczyny dotarliśmy do polnej ścieżki, która doprowadziła nas do miejscowości Ostrężnica. Stąd do Czernej, miejsca pierwszego noclegu przysłowiowy „rzut beretem”. Może i rzut beretem, ale końcówka była mordercza: dwie poprzednie pielgrzymki to noclegi w klasztorze Karmelitów, teraz z braku miejsca musieliśmy zadowolić się agroturystyką. O ile podjazd pod klasztor był stromy ale krótki, o tyle teraz dostaliśmy mocno w kość. Większość zeszła z rowerów i pchała je przez około kilometr.

Noclegi ładne, zjedliśmy obiad i pieszo przeszliśmy lasem do klasztoru. Było pusto, więc mogliśmy w spokoju pomodlić się przed czernińską Madonną.

Tego przejechaliśmy około 50 kilometrów przy średniej 14,49 km/h. Nie są to dokładne dane, gdyż na wysokości osiedla Galmany padła mi bateria w telefonie i aplikacja Endomondo nie pomierzyła całej trasy.

Piątek, 23 sierpnia, dzień drugi. Pogoda nadal piękna, choć niezbyt upalna. Zjechaliśmy gwałtownie w dół do rozwidlenia drogi na Olkusz i Paczółtowice. W Paczółtowicach, w pięknym, zabytkowym, drewnianym kościółku byliśmy poprzednio dwa razy by pokłonić się Matce Bożej Paczółtowskiej. Po wczorajszej wspinaczce na nocleg, postanowiłem zaoszczędzić trudów kolejnego podjazdu szczególnie paniom, i pojechaliśmy prosto na Olkusz. Tu droga była prosta i niezbyt trudna; przez Gorenice, Witeradów i Żuradę wjechaliśmy pod miejscową bazylikę. Była zamknięta, ale w bocznej kaplicy mieliśmy możliwość pomodlić się przed wystawionym Najświętszym Sakramentem. A potem na olkuskim rynku w kawiarence zjedliśmy lody, napiliśmy się kawy i pstryknęliśmy parę fotek. I dalej w drogę. Najpierw przecinając krajową DK 94 obok zamku w Rabsztynie (zamknięty, więc tylko przemknęliśmy obok niego), potem trochę szutrem skrajem Bogucina Małego i asfaltem przez Bogucin Duży w prawo na Jaroszowiec. Krótki przystanek przy wiacie i dalej przez Zalesie Golczowskie, cały czas lasem. W Kolbarku skręciliśmy w lewo przy kapliczce, przy której zatrzymaliśmy się na Anioł Pański. Po modlitwie przez Cieślin do Kwaśniowa Górnego. Kolejny, ostatni już przystanek przed zamkiem w Smoleniu, przedostatnim etapem tego dnia. Glinianki, Zarole, Złożeniec to kolejne mijane miejscowości. Aż wreszcie za horyzoncie po prawej stronie zamajaczyły kontury zamku. Trzeba było skręcić ostro w prawo, natomiast Marek z Krasów po raz drugi podczas pielgrzymki zachował się jak na globtrotera przystało. Ponieważ Michalinie z Wisły Wielkiej zaczął szwankować rower, pojechał z nią prosto do Pilicy w nadziei znalezienia jakiegoś serwisu. Serwisu rowerowego nie było, ale w sklepie motoryzacyjnym udało się kupić nowy łańcuch, który poprawił nieco komfort dalszej jazdy. Reszta ekipy dotarła pod zamek, zjadła posiłek, ci, którzy jeszcze nie zwiedzali ruin poszli to zrobić po posiłku.

I ostatni etap, na noclegi w Cisowej. Po wczorajszym podjeździe w Czernej wydawało się, że już nic gorszego nie jest w stanie nam się przydarzyć. A jednak. I znowu, mało kto dojechał na siodełku, większość pchała rowery z bagażami. A w gospodarstwie agroturystycznym już czekał na nas obiad. O 18:00 w klasztorze Franciszkanów w Pilicy mieliśmy uczestniczyć we Mszy Świętej. Sił na pokonanie czternasto kilometrowego dystansu (tam i z powrotem) wystarczyło jedynie mnie, Markom z Kosztów i Wesołej oraz Krzyśkowi z Krasów. Osobiście do tego miejsca mam duży sentyment: spaliśmy w Domu Pielgrzyma za pierwszym razem i choć warunki były bardziej niż spartańskie, miło je sobie wspominam. Blisko do kościoła w którym króluje łaskami słynący obraz Matki Bożej Śnieżnej, którego kopia została przekazana Franciszkanom w roku 1753. Matka Boża ma w pilicki sanktuarium tytuł Opiekunki Rodzin. Po Mszy Świętej i indywidualnej modlitwie podjechaliśmy jeszcze pod Biedronkę zrobić zapasy na jutro. A wieczorem w altance spędziliśmy miło integracyjny wieczór przy ogniu, który rozpalił Piotrek.

Tego dnia przejechaliśmy (w rozbiciu na odcinki): 16,45 kilometrów do Olkusza (średnia prędkość 15,78 km/h), 28,79 kilometrów do Smolenia (średnia 13,20) oraz 6 kilometrów do Cisowej. Do tego trzeba dodać 14 kilometrów kilku wymienionych wcześniej osób na Mszę Świętą do Pilicy i powrót.

Sobota, 24 sierpnia, dzień trzeci. Po śniadaniu i spakowaniu bagaży szybki zjazd do drogi głównej i tą samą trasą co wczoraj do klasztoru w Pilicy. Tym razem każdy z uczestników miał możliwość pokłonić się Matce Bożej Śnieżnej. Potem w drogę do Skarżyc, dzielnicy Zawiercia, skąd wystartowała piesza część pielgrzymki. Jechaliśmy kolejno przez Giebło, Kiełkowice, Żerkowice, gdzie zatrzymaliśmy się przy sklepie by zrobić zapasy. W Skarżycach pomodliliśmy się przed łaskami słynącym obrazem Matki Bożej Skarżyckiej i zrobiliśmy dłuższy postój na posiłek. Nasi wyszli godzinę wcześniej, za to zetknęliśmy się z pieszą pielgrzymką z Giebła, dla której Mszę Świętą odprawił biskup częstochowski. My dalej w drogę: przez Morsko do Włodowic, potem w Rzędkowicach zatrzymaliśmy się przy Skałkach Rzędkowickich, widocznych z daleka. Ty minęła nas piesza pielgrzymka z Wodzisławia Śląskiego i okolic. A my dalej; wzdłuż torów kolejowych Centralnej Magistrali Kolejowej (jeździ nią Pendolino) potem prawo na Kotowice i do Mirowa. Minęliśmy ruiny zamku i pojechaliśmy dalej, do Niegowej na posiłek. Przy obiedzie Krzysiek pięknie zagrał nam na akordeonie do przysłowiowego kotleta. Wracając do Mirowa zatrzymaliśmy się na chwilę przy pięknie odrestaurowanym zamku w Bobolicach. A potem 8 kilometrów asfaltowej drogi rowerowej do Leśniowa częściowo przez las, częściowo polami. A w Leśniowie pierwszy wspólny nocleg z piechurami z Bończyka i Brzezinki. Rok temu spaliśmy w nowoczesnym budynku gimnazjum, teraz przyszło nam nocować w szkole podstawowej pamiętającej czasy Gomułki. Zastaliśmy już samochód z bagażami z Brzezinki, pomogliśmy wypakować na schodach plecaki, torby i inne rzeczy. Największy problem był z prysznicami, których było ledwie kilka. Ale i tak mieliśmy szczęście, że przyjechaliśmy na miejsce przed obiema grupami. O 19:00 poszliśmy na Mszę Święta do sanktuarium Matki Bożej Leśniowskiej, podczas której wysłuchaliśmy konferencji biskupa gdańskiego Wiesława Szlachetki, który akurat prowadził ośmiodniowe rekolekcje dla małżonków. Wracając, „załapaliśmy się” jeszcze na końcówkę wieczornego nabożeństwa, które na sali gimnastycznej prowadził wikariusz z parafii Ścięcia Św. Jana Chrzciciela na Bończyku ksiądz Mateusz Mryka.

Tego dnia przejechaliśmy 48,67 kilometrów przy średniej 12,68 km/h.

Niedziela, 25 sierpnia, dzień czwarty. Wcześnie rano śniadanie, pakowanie bagaży, sprawdzenie pojazdów. Na placu przed szkołą Msza Święta którą w intencji pielgrzymów sprawowali księża Andrzej I Mateusz. I w drogę. Do miejscowości Przyrów Święta Anna jechaliśmy jedną grupą. Nazwa Święta Anna pochodzi od klasztoru pod wezwaniem Świętej Anny, w którym rolę gospodyń pełnią Siostry Dominikanki. Po krótkiej modlitwie i posiłku podzieliliśmy się na dwie grupy. Mniejsza, w składzie: ja, Marek z Kosztów, Marek z Krasów, Andrzej z Brzęczkowic, Anielka oraz Piotrek pojechaliśmy dłuższą trasa do sanktuarium w Gidlach (to już teren województwa łódzkiego), reszta krótszą na nocleg do Olsztyna. W Gidlach po modlitwie przed maleńką figurką Matki Bożej Gidelskiej Uzdrowienia Chorych (wspomnieliśmy naszą koleżankę Anię z Bończyka prosząc o zdrowie dla niej) i wizycie w zakrystii celem pobrania winka tzw. „kąpiółki” które aplikuje się wraz z modlitwą o uzdrowienie chorym) posililiśmy się po czym wyruszyliśmy w drogę do Olsztyna. A w Olsztynie, w pięknym kompleksie sportowym warunki wręcz wymarzone: duża hala, sporo pryszniców, cóż więcej chcieć. Z Bończyka dotarł ksiądz dziekan Rafał Ryszka w towarzystwie proboszcza z kościoła Krzyża Świętego w Mysłowicach księdza Piotra Płonki. Wieczorem wszyscy mieli możliwość posilić się przy grillu zakończonym wieczornym Apelem Maryjnym.

W niedzielę pokonaliśmy (trasa dłuższa) następujące odcinki: Leśniów – Święta Anna (28,18 kilometrów, średnia 20,08 km/h), Święta Anna – Gidle (18,86 kilometrów, średnia 24,86 km/h) oraz Gidle – Olsztyn (35,46 kilometrów, średnia 20,06 km/h).

Poniedziałek, 26 sierpnia, dzień piąty. Pobudka wcześniej niż zwykle. Po śniadaniu pakowanie bagaży i wymarsz (wyjazd) do położonej około 500 metrów od miejsca noclegu kaplicy na terenie ośrodka rekolekcyjnego. Ponieważ mieliśmy tego dnia trasę krótszą niż wcześniej, większość osób udała się na zwiedzanie ruin zamku. A potem już start: sporo pod górkę trasa, którą wczoraj pokonywaliśmy jadąc do Olsztyna od Mstowa. W połowie tego odcinka skręciliśmy w lewo, w kierunku Częstochowy. Parę kilometrów i oto przed nami po prawej stronie sanktuarium Świętego Ojca Pio z zakonu Kapucynów. Krótki posiłek i z rowerami wyruszyliśmy na Drogę Krzyżową, bardzo rozległą. Potem jeszcze odwiedziny w dolnej kaplicy poświeconej świętemu zakonnikowi z Pietrelciny, ucałowanie jego relikwii dalej w drogę. Zjazd w dół i już jesteśmy na terenie Częstochowy. Jedziemy do sanktuarium Krwi Chrystusa położonego na końcu dzielnicy Parkitka (mieszkał tu znany aktor Marek Perepeczko). W sanktuarium dołączamy do sporej grupy pielgrzymów i uczestniczymy w błogosławieństwie relikwiami Krwi Chrystusa. A historia relikwii jest niesamowita: ich kult opie­ra się na dwóch ich „odna­le­zie­niach”, któ­re mia­ły miej­sce w 804 r. i 1048 r. Pierwsze wyda­rze­nie zosta­ło odno­to­wa­ne w „Annałach Królestwa Franków” przez Eginarda, dwo­rza­ni­na i bio­gra­fa Karola Wielkiego. Drugie „odna­le­zie­nie” jest obszer­nie opi­sa­ne w dwóch źró­dłach śre­dnio­wiecz­nych: ”O odna­le­zie­niach Krwi Pańskiej”, spi­sa­ne­go w Mantui przez nie­zna­ne­go auto­ra II poł. XI w. i w „Kronikach” szwedz­kie­go mni­cha Hermana di Reichenau. Z tych źró­deł oraz z ubo­ga­ca­ją­cych danych histo­rycz­nych i kro­ni­kar­skich pocho­dzi tra­dy­cja, któ­ra umiej­sca­wia w Mantui Św. Longina. Był to rzym­ski żoł­nierz, któ­ry na Golgocie wła­sną włócz­nią prze­bił bok Chrystusa, powo­du­jąc wypły­nię­cie wody i krwi. Po swo­im nawró­ce­niu zawiózł on do Mantui zie­mię z Kalwarii nasą­czo­ną Krwią Chrystusa oraz gąb­kę uży­tą do napo­je­nia kona­ją­ce­go Jezusa zakwa­szo­nym winem. Z oba­wy przed pro­fa­na­cją, Święty ukrył reli­kwie Męki Pańskiej w oło­wia­nej kaset­ce i sam zako­pał je w miej­scu, gdzie dzi­siaj mie­ści się bazy­li­ka, a któ­re kie­dyś znaj­do­wa­ło się dale­ko poza mura­mi mia­sta. Wkrótce potem Św. Longin poniósł śmierć męczeń­ską i został pocho­wa­ny w pobli­żu reli­kwii. Z powo­du burz­li­wych fak­tów, któ­re dopro­wa­dzi­ły do upad­ku Zachodniego Imperium Rzymskiego, zatra­co­no wszel­ki ślad reli­kwii, aż do cza­sów Karola Wielkiego. W 804 r. nastą­pi­ło pierw­sze ich odna­le­zie­nie. Według tra­dy­cji Św. Andrzej obja­wił się we śnie pew­ne­mu wier­ne­mu i wska­zał mu miej­sce, w któ­rym znaj­do­wa­ły się reli­kwie. Papież Leon III przy­był do Mantui na zapro­sze­nie impe­ra­to­ra Karola Wielkiego i stwier­dził auten­tycz­ność reli­kwii. Wtedy wła­śnie został wyko­na­ny pierw­szy reli­kwiarz, do prze­cho­wy­wa­nia nad­zwy­czaj­nych pamią­tek Męki. Niewielka ich cząst­ka zosta­ła prze­ka­za­na Karolowi Wielkiemu i umiesz­czo­na w jego kró­lew­skiej kapli­cy w Paryżu. W 924 r., w obli­czu nie­bez­pie­czeń­stwa najaz­du Hangarów, reli­kwie zosta­ły ponow­nie ukry­te. W 1048 r. nastą­pi­ło dru­gie odna­le­zie­nie. I tym razem Św. Andrzej obja­wił się pod­czas snu bło­go­sła­wio­ne­mu Wojciechowi — nie­wi­do­me­mu, któ­ry nie­gdyś peł­nił służ­bę w rodzie Canossa. Dzięki temu okre­ślo­no miej­sce spo­czyn­ku zarów­no cia­ła Św. Longina jak i mar­mu­ro­wej urny, zawie­ra­ją­cej skrzyn­kę z Przenajdroższą Krwią. W 1053 r. przy­był do Mantui papież Leon IX, aby oddać cześć cen­nej reli­kwii. Po uro­czy­stym potwier­dze­niu jej auten­tycz­no­ści, usi­ło­wał nawet zabrać je ze sobą do Rzymu. Wywołało to ogrom­ny sprze­ciw, któ­ry zmu­sił papie­ża do uciecz­ki i ukry­cia się w bene­dyk­tyń­skim klasz­to­rze w Polirone.

Pobyt w sanktuarium był może zbyt krótki, jak na wagę skarbu przechowywanego w jeszcze prowizorycznej świątyni. Ale przed nami jeszcze rozpakowanie bagaży, rozlokowanie się po pokojach i najważniejsze wyjazd przed pieszą część pielgrzymki, by razem wejść przed oblicze Czarnej Madonny. Z piechurami spotykamy w kościele p.w Świętego Jana z Dukli w którym posługują Ojcowie Bernardyni. Pry wyjściu ze świątyni każdy z pielgrzymów otrzymuje Pismo Święte z pieczątką z pielgrzymki. Idziemy Alejami Najświętszej Maryji Panny, odpowiadamy na pozdrowienia odpoczywających na ławeczkach częstochowian. Przed szczytem jasnogórskim jak zwykle pamiątkowe zdjęcia tym razem w spokojniejszej atmosferze, gdyż na wałach trwa Msza Święta. Wszak dziś uroczystość NMP Częstochowskiej. Udajemy się do kaplicy przed jej cudowny obraz, by podziękować za szczęśliwą drogę: najkrócej szli pielgrzymi z Bończyka, sporo dłuższą drogę mieli piechurzy z Brzezinki, najwięcej kilometrów „nakręcili” oczywiście rowerzyści. Ale nie to ma znaczenie, lecz dążenie przed oblicze tej, która „dana jest ku naszej obronie” i która spogląda na każdego pielgrzyma z matczyną czułością.

Wieczorem jeszcze Apel Maryjny i ostatni nocleg na tzw. „halach”. Tego dnia przejechaliśmy 18,98 kilometrów przy średniej 13,78 km/h.

Wtorek, 27 sierpnia, dzień szósty. Ostatni dzień naszego jurajskiego „camino”, drogi. Ci z naszej ekipy, którzy zdecydowali się na pokonanie prawie setki kilometrów i zadeklarowali powrót na rowerach idą na Mszę Świętą o godzinie 7:00, która sprawuje biskup legnicki Ignacy Dec. Potem śniadanie, szybkie pakowanie bagaży i o 10:00 Droga Krzyżowa na jasnogórskich wałach. Dwa rozważania przypadają na naszą grupę: Marek z Kosztów czyta je przy 11 stacji, ja przy ostatniej. Spotykamy znajomych przybyłych tego dnia autokarami z Mysłowic oraz księży parafialnych. Na koniec jeszcze pamiątkowe zdjęcie i już trzeba się żegnać.

Rowerzyści wracali do domów w czterech wariantach: Usia, Krzysiek i Kazik autokarem Bractwa Pielgrzymkowego, Regina i Michalina pociągiem, Heniek, Piotrek, Andrzej z Brzęczkowic i Marek z Kosztów trasą po wschodniej stronie tzw. „gierkówki”, reszta ekipy przez Mzyki po prawej stronie „gierkówki”. Do Mzyków przejechaliśmy 26,49 kilometrów przy średniej prędkości 18,32 km/h. Mzyki, to malutka miejscowość (właściwie dzielnica Gniazdowa) w której znajduje się sanktuarium Św. Jana Marii Vianneya. Prowadzę pielgrzymki autokarowe do tego miejsca (zwykle w połączeniu z Górką Przeprośną) od co najmniej 10 lat, więc wracając nie mogłem sobie odmówić od pierwszej pielgrzymki bie wstąpić do tego miejsca. Przy kościele trwały akurat prace remontowe, więc nie załapaliśmy się na „kartofelki Świętego Jana Marii Vianneya” przygotowywane zawsze przez tutejszych parafian dla pielgrzymów. Pozostał posiłek z własnych prowiantów i krótka modlitwa. Odcinek drugi, to 60,74 kilometry przejechane w tempie 16,98 km/h. Przemierzaliśmy głównie pola, za miejscowością Cynków wjechaliśmy a potężny kompleks lasów ciągnących się na zachód aż po Lubliniec i dalej do Opola. Dopiero w Mierzęcicach, na wysokości lotniska w Pyrzowicach rozpoczęły się zwarte zabudowania, które potem w Będzinie przeszły w ciągnący się aż do Mysłowic kompleks miejski. Mieliśmy dużo szczęścia: jeszcze przed Mzykami bokami po prawej i lewej stronie przeszły burze z silnymi opadami (poznać było po świerzych kałużach). To samo było w drugiej części trasy, po minięciu Mierzęcic: potężne zwały ciężkich, granatowych chmur nie zwiastowały niczego dobrego. Front z opadami poszedł jednak na wysokości Dąbrowy Górniczej na Pogorię, nas zaś leciutko schłodził drobny deszczyk na granicy Będzina i Sosnowca. W Kosztowach byliśmy razem z Markiem z Krasów około wpół do siódmej wieczorem.

Przejechaliśmy w sumie (wariant najdłuższy) około 360 kilometrów co daje przeciętnie około 60 kilometrów dziennie. Po terenie płaskim to niewiele, ale jurajskie górki to spore wyzwanie przed początkującymi rowerzystami. A takich było w naszej ekipie sporo.

I na koniec krótkie przedstawienie uczestników pielgrzymki rowerowej:

ja (Jacek), Marek, Piotrek i Andrzej z parafii Kosztowy

Regina i Michalina z Wisły Wielkiej

Usia i Marek z Wesołej

Heniek, Marek, Kazik i Krzysiek z parafii Krasowy

Andrzej z Brzęczkowic

Tomek z Czeladzi (dawniej Brzęczkowice)

Anielka z parafii NSPJ w Mysłowicach

Andrzej z parafii Św. Maksymiliana Marii Kolbe na Janowie

Zdjęcia z pielgrzymki pod linkiem:

Kliknij (zdjęcia)

Zmieniony: Poniedziałek, 02 Wrzesień 2019 19:58
 

Statystyki

Odsłon : 956023

Goście na stronie

Naszą witrynę przegląda teraz 10 gości 

Związek Górnośląski